Życie 13

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem sobie myślę, że życie można przegrać lub wygrać. I czuję wtedy mocno, że mnie udało się je wygrać. Ta wygrana to wypadkowa wielu, naprawdę wielu przypadków które w moim życiu się wydarzyły. A nawet tych, które wydarzyły się kiedy byłam nieświadomym, nieukształtowanym, małym człowiekiem. 

To gdzie jestem teraz, kim jestem i to, że czuję że wygrałam życie jest zasługą nie tylko moją, a może przede wszystkim moich rodziców. Nie raz o nich wspominam, jak bardzo pomogli mi znaleźć się tu gdzie jestem. 

Taki przykład - mąż wstawia do domu choinkę, podoba mi się, robię zdjęcie. Publikuję w sieci na Instagramie. Czytam komentarze, o pianinie, o tym, że jest pięknie. To mój dom, więc wiadomo, że mnie się podoba. Ale próbuję spojrzeć na to zdjęcie oczyma kogoś, kto nie jest mną. I co widzę - po prawej stronie pianino. Pianino, które przeżyło ze mną niemal 30 lat. Moja mama kupiła je dla mnie, jak miałam 4 lata. Mieszkaliśmy wtedy w dwunastometrowym pokoju u dziadków. Nie było miejsca na łóżko, a co dopiero pianino. Wszyscy patrzyli na moją mamę jak na wariatkę, że takiego grata kupiła. Nie dość, że ledwo weszło do tej naszej klitki, to jeszcze trzeba je było tam jakoś przytarabanić. A kto próbował nosić pianino ten wie, że do łatwych zadań to nie zależy. Szczególnie, jeśli pianino kupuje się od kogoś, kto mieszka na 11 piętrze, w bloku ze zbyt małą windą. 

Pianino to wędrowało z nami z mieszkania do mieszkania, z piętra na piętro, aż pożyczonym busem przywieźliśmy je na Podkarpacie. Wtedy jeszcze do mieszkania na Rynku w Krośnie. Po kolejnych kliku latach znowu przetarabaniliśmy je - tym razem już do Odrzykonia, miejsca, z którego mam nadzieję, już nigdzie nie będziemy go nigdzie musieli przewozić. Ten ostatni transport ogarnęli koledzy, z których jeden pogroził, spocony, zmachany, kiedy już pianino stanęło w docelowym miejscu: „Niech ja się dowiem, że na nim nie grasz!”. 

Zresztą jeśli chodzi o noszenie pianin, to znam kilka anegdot - między innymi taką, usłyszaną od ojca rodzonego:

Kiedyś, będąc nastolatkiem, siedziałem w mieszkaniu i nagle usłyszałem jakiś potworny rumor na klatce schodowej. Wyjrzałem przez drzwi i zobaczyłem na niższym piętrze zablokowane na schodach pianino. Spojrzałem do góry. Tam z kolei stał facet, okręcony jakimiś pasami, a na tych pasach wisiała noga od pianina. Facet ten krzyknął do kogoś, kto stał jeszcze wyżej: Panie Zdzisku, galeryjka się upierdoliła!

 

Ale, do sedna. Patrząc na dom w którym mieszkamy, na to co robimy - i gdzie, wiem, że to nie stało się nagle. Dużo pracy kosztowało to nas i moich rodziców. Bo to oni kupili rozpadający się dom na Podkarpaciu.. Pomimo, że tato miał sklep z motocyklami w Warszawie, był redaktorem gazety o motocyklowej tematyce, a mama miała gabinet rehabilitacji. To była odwaga, tak to wszystko rzucić i się wynieść w prawie Bieszczady :) 

 

Dom, w którym teraz mieszkamy i nie mogę się na niego napatrzeć i nacieszyć, że jest nasz, był walącym się staruszkiem, krytym strzechą, w którym mieszkała stara babcia z krową. Na prawo krowa, na lewo babcia. Kiedyś mieszkał tu też dziadek, który w tym domu urodził się i zmarł mając 93 lata. Przez te wszystkie lata nie ruszał się stąd niemal nigdzie. Dwa razy tylko był w mieście. Raz podobno kiedy wbił sobie w nogę gwóźdź i poszedł na nogach, do oddalonego o dziesięć kilometrów Krosna, szukać lekarza. Nie znalazł, zdenerwował się i wrócił. Noga na szczęście podobno sama się zagoiła.

 

Wiele lat, nie mówiąc o peelenach zajęło doprowadzenie domu do stanu w którym jest teraz. 

 

Kiedyś podczas remontu w drzwiach wejściowych znaleźliśmy dziwny półksiężyc z jednej strony futryny, który dało się całkiem wyjąć, tworząc dziwne poszerzenie wejścia. Okazało się, że półksiężyc ten wyjmowano, kiedy krowa (ta, która mieszkała na prawo), była cielna i przestawała się mieścić w drzwiach.

 

Gdyby ktoś wtedy pokazałby mi zdjęcie, które załączam do posta, zakręciłabym palcem kółko na czole. 

CDN :)

Komentarze do wpisu (13)

20 stycznia 2016

A czy w Odrzykoniu jest ten zamek Fredry?

20 stycznia 2016

Post jak kartka z pamiętnika, a przez zdjęcie taki swojski, klimatyczny. To wspaniale mieć dom i to na własność w miejscu na ziemi zwanym również "własnym" i tworzyć to wszystko razem i chłonąc i mieć poczucie że nie jest się w żadnym stopniu bezdomnym (bo bezdomnośc to nie tylko dworzec karton itepe...prawda?) na własnym miejscu nie do ruszenia. Wspaniale. Zazdroszczę ale tak zdrowo:)

20 stycznia 2016

@Anna Matusiak: resztki zamku, ale zgadza się ;)

20 stycznia 2016

Dziękuję za ciekawą opowieść

20 stycznia 2016

Witam :-) wspaniała sprawa móc powiedzieć że wygrało się życie! :-) świetny post dziękuję :-)

20 stycznia 2016

Uwielbiam takie teksty... z duszą i z serca prosto płynące :)

20 stycznia 2016

Dziękuję Ci za ten post, tak bardzo jest aktualny :) my w drodze po realizację marzeń kupiliśmy właśnie mieszkanie, które zadziwia wszystkich i nie wszystkim się podoba. Blok, 11 piętro, obok nas już tylko pakamery, bez sąsiadów. Nasza wymarzona enklawa, mieszkanie z duszą, widokiem na całe miasto i z historią - odkąd postawiono blok, nasze 70 metrów było wyłącznie pracownią znanego artysty-grafika, dziś już mocno emerytowanego... Po Twojej opowieści te nasze, przyszłe, jeszcze bardziej mnie ciekawią... :)

20 stycznia 2016

Lubię takie reflekcje i fajnie się to czyta :)

20 stycznia 2016

Pani Zuziu, takie historie pisze tylko życie. A sprawy, rzeczy, miejsca, które cenimy najbardziej to te, na które sami ciężko musieliśmy zapracować :) ściskam

21 stycznia 2016

Ja tam kiedyś w drodze w Beskid Niski albo Bieszczady przyjadę. Stanę sobie cichutko i popodziwiam ten dom. Piękna, klimatyczna opowieść. Czekam na ciąg dalszy, bo nadal nie wiem czy gra Pani na tym pianinie? Jedną zmianę zasugeruję. Nie przypadki - okazje, które Pani świetnie wykorzystała i wykazała się odwagą. GRATULUJĘ. Z przyjemnością obserwuję Pani pracę i jej efekty. Mam nadzieję natchnąć się dzięki temu na własny biznes. Na razie szukam pomysłu :) Serdecznie pozdrawiam.

21 stycznia 2016

Święte słowa - to czy wygramy życie zależy też od nas. Jestem za zazdrością, ale tą dobrą, ta mobilizującą do działania, do spełniania marzeń. Pewnie wielokrotnie pod tego typu migawkami z Twojego życia pojawiały się takie komentarze, być może nawet ja sama zostawiłam kiedyś taki. Na mnie podobne zdjęcia i historie działają jak solidny kopniak - biorę życie za bary :) Wiem, że w natłoku spraw trudno o regularne pisanie, ale tak lubię Ciebie czytać :) Pozdrawiam, Magda

21 stycznia 2016

To prawda,wnętrze w którym mieszkasz to klimat pochodzący z miłości, z rodziny, pasji...to prawda,pianino zrobiło na mnie ogromne wrażenie a mam do niego sentyment gdyż u mojej babci stało podobne i kiedy ją odwiedzałyśmy z mamą, zawsze mówiła: "zagraj Marylko, wygoń te myszy z pianina" ! Nie ma już ani babci, ani mojej mamy, pianino może jest ale nigdy go już pewnie nie zobaczę...stąd ten sentyment, ogromne wrażenie, zwrócenie uwagi...pozdrawiam Cię serdecznie ! Podziwiam Ciebie i Twoją pracę gdyż pamiętam Twoje początki jako blogerki, pamiętam artykuł z gazecie chyba Moje Mieszkanie dawno dawno temu...tak trzymaj a torby Twoje są cudne ! papa

30 lipca 2016

Musi być Pani bardzo ciekawym człowiekiem...pozdrawiam krajankę z Podkarpacia :-)

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl